INTEGRACJA A TOŻSAMOŚĆ KULTUROWA LUDZI NIESŁYSZĄCYCH
Wrocław 2000r
Termin "wzruszający przypadek "oralizmu" cytowany na przykład w pracach niesłyszących naukowców z Gallaudet University używany jest dla podkreślenia komizmu pewnych postaw oralistów i odnosi się do takich sytuacji, w których za najwyższy sukces życiowy człowieka niesłyszącego uważa się fakt usłyszenia jakiegoś dźwięku lub dokonania jakiegoś wyczynu mimo obciążenia głuchotą. Dramaturgiczny walor opisywania takich zdarzeń w takim świetle jest duży i wzrusza wielu ludzi, których znajomość problemu jest niewielka. Dlaczego jednak nikt ze wzruszeniem nie mówi np.: o wybitnych ludziach w kontekście ich przywar: jest taki wielki mimo, że np. dziwaczny? Oczywiście trudniej byłoby się rozczulić nad stwierdzeniem: "zaszedł wysoko, bo był dziwakiem" - zaraz jednak przychodzi nam na myśl: "w tym szaleństwie jest metoda".
Jeżeli jednak powiemy o człowieku niesłyszącym "jest taki, bo jest głuchy", to na myśl przychodzą nam wszystkie badania z zakresu surdopsychologii (czy raczej: surdodefektologii), mówiące o tym czego niesłyszący nie może, nie umie, w czym odstaje od swoich słyszących (czytaj: doskonałych) rówieśników w danej grupie badawczej i z pewnością nikt nie będzie chciał ogłuszyć siebie, aby poszukać szaleństwa w tej metodzie.
Czy zatem nie krzywdzi się naszych dzieci wychowywaniem ich w poczuciu tego, jakie to ważne, aby walczyły ze swoją głuchotą (a nuż przejdzie!) lub jej konsekwencjami. Czy nie popełnia się błędu poprzez stawianie za wzór i dzieciom i ich rodzicom osób, które odniosły sukces w życiu
mimo swej niedoskonałości - mimo tego kim są,
zamiast pokazać doskonałość tego kim są.
Każemy zatem (MY: tj. tzw. szeroka opinia publiczna) im być kimś innym niż są - każemy im nie być głuchymi, każemy naśladować słyszących i staramy się wyrugować lub deprecjonować to, co jest ściśle związane z głuchotą. Ponieważ dla niesłyszących jest bardziej oczywiste (niż dla wielu słyszących) to, że nie przestaną być głusi - wyrastają w poczuciu bycia gorszym i bez atutu, jakim mogłoby być świadomość zalet bycia głuchym - choćby najdrobniejszych lub czerpanych z dumy przynależności do pewnej grupy kulturowej czyli tzw. tożsamości.
Ale czym ona jest?
Całkiem osobnym zagadnieniem wydaje się być niedostrzegany fakt, że owe wzruszające przypadki nie mówią o społeczności bądź grupie (mniejszej czy większej) lecz o indywidualnych przypadkach i ich indywidualnych osiągnięciach, a wymieniane są w kontekście modnych dzisiaj haseł integracyjnych. Czy świadczą o integracji czy o dezintegracji przykłady ludzi, którzy uciekli "przeznaczeniu" i wyłamali się ze swego środowiska, aby być tak bardzo dostrzegalnymi i wzruszającymi do łez jednostkami w nowym, słyszącym otoczeniu.
Inaczej mówiąc nie mówi się o panu Kowalskim, jeżeli jest przeciętnym, równoprawnym członkiem swojej społeczności lecz dyskutuje się nad znaczniejszymi nazwiskami np. świata polityki, nie za ich przeciętność lecz za to, czym ponad ową szarość się wyróżnili. Zamykając wywód: czy np. prezydent jest jednostką zintegrowaną?... Albo: czy te nakreślone powyżej "przypadki" to właśnie jednostki zintegrowane czy zdezintegrowane?
Czym zatem jest ta integracja?
O integracji i tożsamości kulturowej nie można mówić rozdzielnie. Ich wspólnym mianownikiem zdaje się być język. Wspólny język, jego rodzaj, a nie jego brak.
"...Brak możliwości posługiwania się językiem jest jednym z najbardziej tragicznych upośledzeń, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że to właśnie dzięki językowi możemy w pełni uczestniczyć w życiu społecznym, we wszystkich jego aspektach, korzystać z całego dziedzictwa kulturowego naszej cywilizacji, zdobywać i wymieniać informacje. Niemożność czynienia tego upośledza nas i odcina od uczestnictwa w normalnym życiu, uniemożliwia realizację marzeń i ambicji oraz wykorzystanie posiadanego potencjału intelektualnego..."
I to właśnie problem języka wprowadza tyle sporów i sprawia, że tak trudno dziś mówić zarówno o integracji jak i tożsamości kulturowej. Napisano w tej sprawie wiele, a jednak z prakseologicznego punktu widzenia problem stoi w miejscu.
Językoznawcza definicja języka brzmi:
" JĘZYK- system społecznie wytworzonych i obowiązujących znaków dźwiękowych (wtórnie - pisanych) oraz reguł określających ich użycie jako narzędzia komunikacji społecznej".
Językoznawczy sposób widzenia eliminuje zatem język migowy z grupy "języków" z powodu braku jego fonicznej formy. Kolejnym warunkiem, odróżniającym język migowy od pozostałych jest brak możliwości kodyfikacji bezpośredniej, tj. zapisu, który to jednak zdaje się być coraz mniej znaczący w świetle rozwoju technicznych środków przekazu, takich jak: zapisujące obraz ruchomy taśmy magnetowidowe, taśmy cyfrowe, videofony i inne. W definicji języka migowego nazywa się go "substytutem" języka mimo, że cechy definiujące język mówią o warunkach, które język migowy w większości spełnia.
Zastanawiające jest na przykład uznanie sztucznych kodów językowych, takich jak Esperanto za język. Natomiast migowy, spełniający wszelkie normy języka naturalnego uznany został jedynie za substytut języka. Co więcej: definicja języka migowego, jako substytutu powstała w kraju, w którym migowy został zbadany i opisany jeszcze w XIX wieku! , dlatego też można na tej podstawie wnioskować o barierach, jakie przed tym językiem (w moim przekonaniu) stoją. O ileż trudniej byłoby zawalczyć o prawo istnienia migowego jako języka w kraju takim, jak Polska, w którym pierwsze próby lingwistycznego opisu tego kodu podjęto w latach osiemdziesiątych XX wieku, a które to prace nadal trwają.
W ocenie językowego aspektu w nauczaniu niesłyszących mamy do czynienia z polaryzacją stanowisk. Na jednym biegunie stoją ci, którzy uważają, że "podstawowym celem rehabilitacji niesłyszących jest integracja", a jej warunkiem jest właśnie "...przyswojenie przez dziecko języka większości." Jeżeli przyjmuje się, że osoba głucha, to ktoś kto nie może w naturalny sposób przyswoić języka (mowy fonicznej), to z góry pośrednio powyższa definicja integracji skazuje niesłyszących na niemożność zintegrowania się, choć za przedmiot swego oddziaływania obiera (w tym przypadku) niesłyszących. Nie jest jednak krzywdą dla dziecka usiłowanie nauczenia go tego języka. Cały tragizm pojawia się dopiero w momencie, gdy uniemożliwia się dziecku przyswojenie języka naturalnego.
Na drugim biegunie zaś czytamy: "Język migowy [...] jest bezcennym w życiu dziecka głuchego dobrem, którego nie może zastąpić żadna technika ani żaden system komunikacji. [...] Język migowy staje się dla niego niezbędny dlatego, że zapewnia pełny dostęp do świata kultury i literatury". Według H. Lane`a "istnieją dwa sposoby zwalczania tego języka. Jednym jest zakaz używania go, a drugim sprowadzanie do rangi dialektu. Oba podejścia natomiast niosą ze sobą szeroko zakorzenione przekonanie o tym, że język migowy jest czymś gorszym. Dziecko głuche zatem jest pozbawiane jedynego języka jaki jest dla niego całkowicie dostępny."
Który zatem język ma być tym, który prowadzi do integracji i uczestnictwa w kulturze? Odpowiedź wydaje się prosta: ten, który może być przez człowieka przyswojony i dać mu poczucie tożsamości kulturowej. Tu jednak stajemy zarówno przed problemem niespójności pojęcia integracji, jak i wciąż problematyczną kwestią istnienia i kształtu takiej kultury niełyszących, w której uczestnictwo dawałoby korzyści podobne do tych, jakie czerpią słyszący z ich kultur.
Zatem powstają pytania: o jaką kulturę i jaką integrację chodzi? O ile bowiem trudno znaleźć definicję tożsamości kulturowej, to jednak zamyka się ona w miarę precyzyjnym pojęciu na jej temat: ma to być poczucie przynależności do tej kultury, która jest danemu człowiekowi najbliższa i w której uczestnictwo staje się czynnikiem rozwijającym osobowościowo. Integrację natomiast łatwo zdefiniować, ale jej praktyka codzienna wskazuje na fakt, że rozumiana jest w bardzo różny sposób, a co więcej: realizowana na różne sposoby. Wszystko jednak zależy od tego kto o niej mówi. Można zatem podzielić pojmowanie integracji na trzy sfery, w których niebagatelną i problematyczną rolę stanowi język. Analizując polskie warunki należy rozgraniczyć:
A. Integracja społeczna
"Integracja społeczna: zespolenie i zharmonizowanie elementów zbiorowości społecznej, wyrażające się częstością kontaktów, ich intensywnością oraz wspólnotą ideową".
Czy głusi czują się "elementem zbiorowości społecznej"?
Wspólne idee?
Komu zależy na integracji tych światów?
"Wprawdzie niesłyszący, jak żadna inna grupa osób niepełnosprawnych, potrafią zintegrować się ze światem pracy ludzi słyszących,[...] nie integrują się jednak na ogół z nimi społecznie, bo oznacza to zawsze integrację komunikacyjną."
B. Integracja środowiska
Społeczność głuchych uważana jest za bardzo hermetyczną i skonsolidowaną. Głusi mają wszelkie powody do tego, aby utworzyć odrębne środowisko społeczne, w którym nie będą już postrzegani jako upośledzeni. W tej wspólnocie niesłyszący jest równym pośród równych, ponieważ wszyscy dysponują tym samym: sprawnie funkcjonującym językiem. Jak pisze Prillwitz: wspólnota niesłyszących nie znajduje swojego odpowiednika w żadnej z innych grup osób niepełnosprawnych. Jednakże jego zdaniem wspólnoty te nie mają dla nich aż takiego wielkiego znaczenia: mają za zadanie zapewnić stabilizację społeczną wobec świata zewnętrznego oraz wspólną organizację czasu wolnego. Ta organizacja społeczna powinna nieść również ze sobą skuteczniejszą walkę o realizację roszczeń niesłyszących wobec świata zewnętrznego - na Polskim gruncie jest to jednak bardzo słaba aktywność w porównaniu ze społeczeństwami takimi, jak amerykańskie czy opisywane przez Prillwitza -niemieckie. Dlaczego? Odpowiedź tkwi prawdopodobnie w sferach kształtowania się kultury niesłyszących w ujęciu historycznym.(roz. IV).
Zasadnym jednak na gruncie polskim jest przypuszczenie, że historyczna deprecjacja społeczności niesłyszących skłania ich raczej do odruchu samoobronnego, którym jest konsolidacja i hermetyzacja wewnątrz własnego, a zatem bezpiecznego środowiska. Po wielu latach na arenie dziejowej pojawia się nowa szansa dla niesłyszących. Po pierwsze sytuację taką zawdzięczamy większej w ostatnich latach dostępności do literatury światowej. Nie bez powodu pojęcie audyzmu właśnie w tym czasie zdobyło taką popularność. Możliwe stało się wejście języka migowego do szkół (w jakiejkolwiek formie) i stało się być może początkiem oczyszczenia go z zarzutu nielegalności i wielu innych pejoratywnych określeń (oczywiście nie od razu...). W świadomości społecznej zaistniał język migowy - język, jako pierwotny czynnik kulturotwórczy. Stało się to niejako przyzwoleniem na istnienie głuchych, ze względu na społeczny zmieniony odbiór środowiska niesłyszących. Być może ów przełom nie jest zbyt głęboko przez środowisko niesłyszących odczuwany - migali przecież zawsze odkąd istnieją skupiska osób głuchych mimo wciąż zmieniających się poglądów specjalistów.
Jednak dla tych niesłyszących, którzy byli "rehabilitowani" metodą oralną i ulokowani w obcej - słyszącej rzeczywistości znaczyło wiele. W ostatnich latach wielu z nich stara się o kontakt ze środowiskami niesłyszących. Teraz mogą - ponieważ całkiem innego rodzaju jest dzisiejsza polska "stigma of deafness". A jednak obserwujemy bardzo trudne czasami sytuacje niemożności odnalezienia się takich osób w żadnym z tych dwóch światów. Należy przyznać, że tak rozumiana integracja jest tworem również bardzo niedoskonałym, gdy rozpatrujemy to zjawisko w kategoriach integracji kulturowej, a nie tylko wspólnych idei wywierania presji na świat zewnętrzny. Jakie jednak pojęcie swojego dziedzictwa kulturowego mają niesłyszący?
C. Integracja w nauczaniu niesłyszących.
W odniesieniu do surdopedagogiki sprawa komplikuje się jeszcze bardziej: definicje mają raczej charakter postulatów: czyli czym lub jaka owa integracja ma być, przy czym do głosu rzadko dochodzą główni zainteresowani. Problem oczywiście tkwi w tym, że wśród niesłyszących wciąż brakuje (przynajmniej w Polsce) osób, które są głuche kulturowo i w związku z tym mogłyby wypowiadać się w opiniotwórczy sposób na te tematy. Niezwykle rzetelne opracowania niedosłyszącego profesora B.Szczepankowskiego są jednakże relacją osoby, kulturowo słyszącej. Opinie niezwykłego człowieka pana Stanisława Siły-Nowickiego również nie zostały napisane przez osobę kulturowo głuchą, a co więcej główny nacisk kładą na mowę foniczną jako warunek integracji.
Głusi są natomiast przedmiotem wielu eksperymentów i badań prowadzonych przez słyszące osoby, o które oparto nie jeden referat, artykuł czy odczyt. Cicho i skromnie przy głośnych i rekomendowanych nazwiskach ich autorów brzmią słowa bodaj pierwszej w Polsce głuchej nauczycielki, która wychowana została przez głuchych rodziców i wykształcona w szkołach dla głuchych (na poziomie podstawowym i średnim; studia kończyła razem ze słyszącymi - oczywiście!). Alicja Rybak-Orłowska tak pisze o wyborze szkoły średniej:
"Mój ojciec i ja chcieliśmy, abym była wśród ludzi,
którzy dają nam prawo do naszego języka"
Słowa pani Ali nie są niczym odkrywczym, jeżeli spojrzeć na nie z perspektywy światowej literatury autorów przede wszystkim amerykańskich, takich, jak Harlan Lane, Liddell, Johnson, Padden i innych. Głównym ich sensem jest fakt głębokiego zżycia ze środowiskiem niesłyszących. Nawet europejscy specjaliści ulegają sile argumentów przemawiających za tym, aby we współczesnym nauczaniu myśleć o integracji z perspektywy uznania odrębności kulturowej czy przynajmniej językowej głuchych. Badacze tacy jak Prillwitz , Bouvet czy Dziemidowicz w swych poszukiwaniach poddają krytyce system nauczania niesłyszących, wskazując na deprecjację językową i kulturową, jako najważniejszy mankament tego systemu. Jednocześnie należy pamiętać, że głównym powodem dla którego nauczanie niesłyszących przybiera oralistyczny kierunek jest i bodaj od mediolańskiego kongresu w 1880r. było założenie, że celem rehabilitacji głuchych ma być integracja ze słyszącym społeczeństwem.
Słowa pani Ali brzmią cicho, ponieważ w Polsce niewiele jest osób, które mogą napisać w poprawnym języku polskim takie słowa. Jednocześnie osoby, które rozumieją naturalny język migowy mogą potwierdzić fakt bardzo krytycznej oceny stanu edukacji niesłyszących w Polsce, wyrażanej ostro - jednak nie w języku większości społecznej. Zastanawiające jest, że aspekt braku udziału niesłyszących w dyskusji na temat kształtu ich szkolnictwa być może dotyczy efektów wychowywania ich i kształtowania ich osobowości: rzuca się tu w oczy jak gdyby lęk przed głośnym wystąpieniem i zamanifestowaniem swoich przekonań.
Tym, co najbardziej przykuwa uwagę, to fakt "nieprzemakalności" wyobrażeń na temat integracji ludzi i instytucji, które są odpowiedzialne za jej kształt. Można bowiem (również i w tej pracy) przytoczyć setki cytatów i nazwisk, emocjonalnych i naukowych argumentów wykazujących zarówno niespójność w myśleniu na jej temat, jak i konstruktywnych wniosków, podać podstawy prawne i ustawowe mówiące o prawach i statusie niesłyszących, a rzecz o której mowa nadal pozostaje w polskiej rzeczywistości w stadium bądź teoretyzowania, bądź (co gorsza) eksperymentów na żywym przecież ciele środowiska ludzi niesłyszących. Wina leży zarówno w społecznym odbiorze i niedoinformowaniu na ten temat, jak i w środowisku ludzi, których nazywa się specjalistami.
Jak pisze Szwedowicz:
"nadal po gazetach będą pisywać gorący "agitatorzy" za integracją "mimo wszystko" i będą zyskiwać poklask, bo specjaliści obiecują lecz nie mogą uczynić cudów. Skutki spadną na dzieci, nie na agitatorów, którzy mieli takie dobre intencje".
Zatem w zdaniu na temat integracji w nauczaniu nie może zabraknąć krytycznego słowa na temat tego, co w tej sprawie reprezentują słyszący w znakomitej większości "specjaliści" (czyli również tacy jak ja). A głównym grzechem jest generalnie audyzm i brak pokory wobec podmiotu naszych oddziaływań.
D. Integracyjna arkadia.
Dla Dryżałowskiej "...celem rewalidacji jest integracja osób poszkodowanych w normalne społeczeństwo", a integracja społeczna nie jest możliwa bez integracji edukacyjnej. Środkiem do jej realizacji jest organizowanie klas z udziałem niesłyszących, które będą mieć zorganizowane osobne lekcje z języka polskiego i matematyki prowadzone przez specjalistę. Cytuję tą koncepcję ze względu na jej "nieprzemakalność". Jest dla mnie przykładem, jak opornie zmienia się nasza rzeczywistość. Nie jest to co prawda tak gorąco sponsorowana przez nasze obecne władze koncepcja całkowitego włączenia wszystkich dzieci do szkolnictwa masowego. Autorka idzie na kompromis, który wynika z założenia, że aby rozstrzygnąć wielowiekową dyskusję na temat: razem czy osobno, mówić czy migać, wystarczy znaleźć złoty środek.
Charakterystyczne dla owej "nieprzemakalności" jest również pojmowanie niesłyszących jako "poszkodowanych", których trzeba wreszcie uszczęśliwić!
Trzeba jednak przyznać, ze ludziom z tego bieguna udaje się realizować swoje koncepcje bez względu na rozwój naszej dzisiejszej wiedzy i świadomości w tej sferze. Audyści przecież pochodzą z większości społecznej.
Tymczasem dużo zabawniej dla "słyszącego" ucha brzmi koncepcja stworzenia odrębnych społeczności ludzi głuchych. Pisał już o nich Siccard (w tonie filozoficznego rozważania), A.G. Bell oraz inni. Rozważania te stały się podobno ciekawymi tematami dla teatru i filmu. Jednak buntownicze koncepcje samych głuchych traktowano jako pewnego rodzaju "syjonizm". To bardzo charakterystyczne, że słyszącym udaje się wcielać swoje koncepcje w życie, bez względu na skutki. A głuchym? Czy nie jest to swoisty rasizm? Czy można mówić zatem o integracji, której pożądają wszyscy? Innymi słowy tu leży odpowiedź na pytanie: kto chce integracji.
Polem wielu doświadczeń powinny być natomiast te społeczności, w których głuchota jest zjawiskiem częstym lub wręcz dominującym. Środowiska takie istnieją na świecie, a ich członkowie żyją ze sobą w ten sposób od wielu pokoleń. Jak to możliwe? Spełnione zostały pewne warunki:
Oczywiście będąc nawet najbardziej zapalonym idealistą trudno jest wymarzyć sobie, że np. we Wrocławiu taka arkadia się pojawi w ciągu kilku lat. Czyżby zawodziła nas wyobraźnia tak zaprawiona w boju o wdrażanie sztucznych pomysłów integracyjnych? Dlaczego jednak to nie jest możliwe? Po pierwsze dlatego, że jak się okazuje potrzebujemy bardzo dużo czasu, aby przebudować naszą świadomość i pojęcie o niesłyszących.
Po drugie zaś to, kim są dziś niesłyszący jest wynikiem planowych i celowych działań słyszącego społeczeństwa. Cytując profesor Carol Padden, podsumowującą żniwo oralizmu lat sześćdziesiątych: "Po wielu latach działań edukacyjnych niesłyszący stwierdzają, że nadają się jedynie do prowadzenia riksz lub noszenia towarów". Myślę, że w dzisiejszej Polsce pierwszym odruchem po uwolnieniu się niesłyszących spod reżimu wysokooceniającej się społeczności słyszących mógłby być raczej odruch większej niż dotychczasowa bezradności, a następnie dążenie do integracji wewnątrz środowiska niesłyszących. Mają na czym budować: istnieje, choć może w niezbyt klarownie zdefiniowana, tożsamość kulturowa niesłyszących, która dzisiaj odzywa się raczej jako odruch samoobronny w ekstremalnych i kryzysowych sytuacjach. Dotykamy więc spraw psychologii i kultury.
Gdy mówimy o głuchych jako o mniejszości kulturowo-językowej, to narzuca się pytanie o to, co to jest kultura głuchych. To, że głusi są mniejszością - to nie budzi naszego wewnętrznego sprzeciwu. Kultura? Ostatnio odkryte w odniesieniu do niesłyszących pojęcie tożsamości kulturowej wprawia w zakłopotanie tych, którzy nie przesiąkli jej atmosferą. Przede wszystkim pokutuje wyobrażenie, że kultura ta może być nie tylko (jeżeli jest!) całkowicie odmienna od naszej, ale że również należy ją rozpatrywać w całkowicie innych kategoriach. Poniekąd jest to prawdą. Bowiem czy istnieją takie wytwory tej kultury na gruncie polskim, które odróżniałyby się od wytworów kulturowych ludzi słyszących? Trzeba przyznać, że rzeczywiście trudno wymienić takie jej przejawy. Teatr, sport, malarstwo, fotografia - jedyną różnicą wydaje się być tutaj sam twórca, uczestnik czy odbiorca tejże kultury: człowiek niesłyszący. Powstaje jednak pytanie odwołujące się do literatury anglojęzycznej : Skąd wynika fakt, że na tamtejszym gruncie pisze się o takiej kulturze? Bezpośrednio wskazuje ona na czynnik różnicujący ją od kultury ludzi słyszących: mianowicie język. Poezje nagrywane na video, książki drukowane metodą fotogramów, sztuki teatralne tworzone w języku migowym... Dlaczego o takiej kulturze nie możemy napisać w kontekście aktywności ludzi niesłyszących w Polsce? Czy będzie zbyt daleko idącą spekulacją wnioskowanie, że przyczyna tkwi w języku migowym, który nie mógł się rozwijać w swobodny sposób?
Przeciętny słyszący człowiek mówiąc o kulturze głuchych wymienia co najwyżej głośne zachowanie niesłyszących lub szuranie kapciami - a to odnosi się jedynie do pojmowanej w specyficznie "słyszący" sposób kultury osobistej. Jest ona ciekawym zagadnieniem, jednak nie posiadamy takiej literatury, która mówiłaby o takich aspektach kultury niesłyszących, jak normy i wzorce zachowań.
Natomiast język migowy w odniesieniu do społeczności głuchych rozumie się sam. To oczywiste: głusi migają. Nasuwa się jednak porównanie: gdyby chcieć wymienić podstawową różnicę między kulturą polską a niemiecką, to na pierwszy plan wysunąłby się właśnie język. Poza tym trudno jest wymienić takie wytwory czy dziedziny kultury (poza językiem), które nas różnią. We wspólnocie jaką staje się Europa zapytani o różnice między naszymi narodami mówimy o trzech rzeczach: języku, sztuce i folklorze.
I doprawdy trudno tutaj rozwinąć temat w oparciu o wytwory kultury głuchych lub opracowania na jej temat. Na pewien jej kształt składa się to, o czym możemy przeczytać w kolejnych rocznikach "Świata Ciszy". Wielu faktów można doszukać się studiując historię pedagogiki i surdopedagogiki. Polski dorobek udziału głuchych w życiu kulturalnym oraz historia środowisk ludzi niesłyszących w Polsce zaznaczony został również przez prof. Szczepankowskiego czy dyrektora Instytutu Głuchoniemych Z. Adamca. To wszystko? Czy składa się to w całość, którą moglibyśmy nazwać spuścizną kulturalną? Ilu niesłyszących ma świadomość tej historii? Jakże trudno mówić tu o przekazywaniu jej z pokolenia na pokolenie. Niewielu z nich umie powiedzieć cokolwiek na temat udziału głuchych harcerzy w Szarych Szeregach czy przemycaniu sztandarów i innych pozostałości po pierwszych polskich organizacjach niesłyszących ze Lwowa do Wrocławia. Sukcesy niesłyszących artystów, sportowców, działaczy... A co ze świadomością kulturową głuchej społeczności w skali globalnej? Jak wielu niesłyszących wie o fenomenie, jakim od samego powstania był i jest Uniwersytet Gallaudet? Zatem chociaż istnieje, dorobku tego nie można jeszcze nazwać "gromadzonym, utrwalanym i przekazywanym". Czy zatem może rodzić dumę z poczucia przynależności do tej kultury?
Z czego to wynika? Myślę, że zapracowaliśmy na to solidnie i metodycznie my - słyszący! Dwieście przeszło lat surdopedagogiki polskiej - ilu w tym czasie pracujących zawodowo głuchych nauczycieli, wzorców kulturowych, ile lekcji na temat historii niesłyszących, ile miejsca na język migowy? Nawet dziś, kiedy w większości szkół dla niesłyszących odbywają się lekcje języka miganego (wykładanego w dużej mierze przez słyszących!) - ile miejsca w programach na tworzenie świadomości kulturowej? Porównanie tych faktów z miejscem języka polskiego w nauczaniu i wychowaniem patriotycznym, jakie jest prowadzone w szkołach, daje bardzo wyrazisty obraz zaniedbania czy wręcz dyskryminacji kultury niesłyszących.
Przez tyle lat - język i jego aspekt kulturotwórczy, który nie mógł się rozwijać. Pierwszy znacznik kultury - język - kojarzony i określany pojęciami pejoratywnymi, migający głusi traktowani jako najniższe stadium rozwoju niesłyszącej osoby. Nadal najlepszym wzorcem dla głuchego dziecka ma być słyszący ideał. Lwia część historii surdopedagogiki oparta na wdrażaniu haseł oralizmu w imię integracji, która od niesłyszących wymagała zawsze umiejętności naśladowania słyszących, wymagała, aby głuchy stał się taki, jak człowiek słyszący. A jednak przetrwał: język, wspólnota - taka, jaka jest, ale jest! Czy jest? Fakt przetrwania języka i poczucia przynależności do pewnej grupy społecznej najlepiej za tym przemawia.
W koncepcjach integracyjnych podstawowym wydaje się być jej aspekt komunikacyjny. W kwestiach psychologicznych natomiast zaznacza się jednak spojrzenie na psychikę niesłyszących jak na wypaczony model, który należy skorygować. Znamienne jest tutaj to, co wielokrotnie podkreślałam w tej pracy, a mianowicie fakt, że jest to typowe spojrzenie słyszących osób na wychowanie i rehabilitację głuchych, którego założeniem jest uczynienie osób niesłyszących podobnych ludziom słyszącym. Perspektywa ta wprowadza pewne zafałszowanie i trudno nie zgodzić się tu z następującym ujęciem problemu:
"Próby utworzenia jednej wspólnej perspektywy spostrzegania i interpretacji świata (mowa ustna) nie mają sensu i są z góry skazane na niepowodzenie, podobnie, jak godzenie różnych religii, światopoglądów czy kultur za pomocą języka esperanto".
Wydaje się niezaprzeczalnym fakt, że podstawową różnicą owych perspektyw jest brak słuchu, a co za tym idzie i co najważniejsze: ograniczenia w porozumiewaniu się ze słyszącymi osobami, z których najważniejsze są pierwsze dla dziecka i najbliższe osoby, tj. rodzice. Powoduje to napięcia emocjonalne i zmienia rozwój osobowości.
Pierwszym czynnikiem oddziałującym na dziecko nie są zatem braki w doznaniach akustycznych, ale postawy rodziców, którzy po stwierdzeniu u dziecka głuchoty zaczynają postrzegać je jako ciężar. Konieczność uporania się z tym faktem, który jest szokiem, nie pozostaje bez wpływu na ich zachowania wobec dziecka.
Problemy osobowościowe dotyczą przede wszystkim tych dzieci, które zostały wychowane z wykorzystaniem wyłącznie ustnych porozumień, ponieważ znajdują się one pod stałą presją stosowania się do ledwie dostępnych dla nich norm mowy dźwiękowej: jeżeli nie odnoszą na tym polu sukcesów (jak większość słyszących), zawodzą przede wszystkim swoich rodziców w ich oczekiwaniach i nadziejach, co wpływa negatywnie na samoocenę dziecka tym bardziej, gdy rodzice dają to po sobie poznać. Ponieważ dotyczy to kontaktów wzajemnych z najbliższymi dziecku osobami, to może to skłaniać dziecko do wycofywania się, być przyczyną jego izolacji i zrezygnowania.
Fakt, że te negatywne skutki prawie nie występują wtedy, gdy niesłyszący porozumiewają się za pomocą języka migowego, świadczy o znaczeniu, które ma dla nich wspólnota głuchych, właśnie z powodu swej "normalności" komunikacyjnej (język migowy) pozwalającej niesłyszącemu dziecku czuć się pewnym siebie. Tutaj może się on potwierdzić, poznać swoją rzeczywistą wartość i smak sukcesu, poczuć, że jest akceptowany i traktowany na równi z innymi. Tymczasem komunikując się ze słyszącymi za pomocą mowy dźwiękowej jest zawsze w cieniu, wolniejszy, gorszy. Całkiem naturalna wydaje się być zatem postawa unikania kontaktu ze słyszącymi i szukanie schronienia wśród "swoich" - we wspólnocie głuchych.
Współżycie z innymi niesłyszącymi ma pozytywny wpływ na rozwój emocjonalny i ewolucję własnego JA , o czym świadczą zachowania psychospołeczne niesłyszących dzieci niesłyszących rodziców w przeciwieństwie do zachowań niesłyszących dzieci ze słyszących rodzin, wychowujących się w warunkach komunikacji czysto oralnej. W tym przypadku kontaktowanie się ze sobą niesłyszących jest ważnym czynnikiem kształtującym pozytywne pod względem emocjonalnym i społecznym zachowania. Porozumiewanie się za pomocą języka migowego jest przesłanką do bezproblemowego nawiązywania kontaktów społecznych czyli daje to, co nie jest możliwe dla większości głuchych w środowisku słyszących osób.
Owa bezkonfliktowość jest przecież podstawowym warunkiem nawiązywania kontaktów społecznych i powinna mieć kolosalne znaczenie dla każdej koncepcji integracyjnej.
Nie można przecież nie dostrzegać, że integracja głuchych ze społecznością słyszących osób jest niezaprzeczalnie koniecznością życiową i wymogiem stawianym przez rzeczywistość. Jak konkluduje Prillwitz "może się to dokonać poprzez integrację ze wspólnotą niesłyszących, stanowiących dla nich - w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa -przytułek, z którego czerpią siły do codziennych kontaktów ze słyszącym otoczeniem. Bez takiej integracji - za pośrednictwem języka migowego wszelkie próby integracji ze światem słyszących muszą zakończyć się niepowodzeniem lub będą odbywać się kosztem zainteresowanych".
VI CZY MOŻNA NAUCZYĆ TOŻSAMOŚCI KULTUROWEJ?
![]()
Dziś jeszcze wciąż w większości szkół sytuacja wygląda tak, że dzieci nauczane są przez członków innej wspólnoty kulturowej, przy użyciu obcego niesłyszącym języka. Skąd mają czerpać wzorce, o których mowa w definicjach, kto ma im je przekazywać?
Sytuacja zmienia się o tyle, że niezwykła część historii dzieje się dziś: w środowisku niesłyszących pojawia się ostatnio coraz więcej osób dobrze wykształconych, świadomych, a co więcej mających wpływ na przyszłe pokolenia głuchych ludzi poprzez swój udział w kształceniu najmłodszych i młodzieży. Pojawia się zatem elita, tworząca hierarchiczną strukturę każdej rozwiniętej społeczności. Pojawiają się wzorce, autorytety skupiające wokół siebie młodzież. Przełom ten zawdzięcza się prof., Szczepankowskiemu, dr Pietrzakowi i ich działaniom popularyzatorskim, mgr Kowalowi - pierwszemu nauczycielowi niesłyszących, który kończył średnią szkołę dla głuchych, mgr Ali Rybak-Orłowskiej - pierwszej kulturowo niesłyszącej nauczycielce wykształconej w szkołach dla głuchych (poza szkołą wyższą - rzecz jasna). Nie jest przypadkiem, że za ich przykładami idą kolejni. Pojawiły się bowiem wzorce utwierdzające w przekonaniu, że tacy jak ja nie muszą stać się słyszącymi osobami, aby wspiąć się wyżej. O ileż łatwiej jest identyfikować się z ludźmi, którzy osiągnęli więcej niż przewidziała to większość społeczna.
Kultura spełnia ponadto inną znaczącą funkcję: pozwala identyfikować się z pewną grupą społeczną. Grupa ta daje poczucie bezpieczeństwa: jest się wśród swoich, takich samych jak ja lub podobnych, dla których nie jestem już tylko upośledzonym modelem słyszącej osoby. Istnieję w niej na równych prawach lub prawach ustalonych przez grupę. Taka grupa społeczna jest naturalnym środowiskiem człowieka jako istoty społecznej. Cały chaos sygnałów zbieranych codziennie w trakcie uczestniczenia w świecie rządzonym przez słyszących można odnieść do rozumianego i stałego porządku społeczności, do której przynależę bez wkupywania się w łaski nieosiągalnym dla wielu niesłyszących poziomem mowy fonicznej. I to jest właśnie owa tożsamość kulturowa, jak ją rozumiem, obserwując więzi swoich podopiecznych z innymi niesłyszącymi osobami w szkole czy poza nią.
Nie do przecenienia jest fakt psychicznego komfortu, jaki może dać głuchej osobie taka przynależność. Jest bowiem punktem odniesienia w stosunku do całej trudnej, często niezrozumiałej i pogmatwanej rzeczywistości. W wielu postulatach integracyjnych zawarto założenia, które mogą być zrealizowane tylko przez "świat ludzi ciszy", do której należy każde niesłyszące dziecko.
A.Hulek :"... chodzi o życie w godności osobistej i w jak najmniej ograniczającym środowisku społecznym",
K. Kirejczyk:"...rozwój osobowości normalnego i zdrowego dziecka, a nawet dorosłego w wyizolowanym środowisku ulega wypaczeniu",
K.Kuberska:"...aby osobowość głuchego mogła kształtować się prawidłowo i nie była narażana na różnego typu zaburzenia, konieczne jest dobre samopoczucie w wybranej grupie społecznej"
E. Nurowski:'...wychowanie musi dopomóc dziecku do zdobycia i zachowania poczucia bezpieczeństwa osobistego i poczucia własnej wartości, do zrozumienia przez nie, że jest akceptowane bez zastrzeżeń"
Myślę, że właśnie te słowa - paradoksalnie, bo wypowiedziane w kontekście prointegracyjnym - oddają istotę poczucia tożsamości kulturowej. Rozumianej nieco inaczej niż zamierzyli to autorzy i w całkiem innym pojmowaniu słowa integracja.
VII INTEGRACJA I TOŻSAMOŚĆ MOICH UCZNIÓW
![]()
Jestem osobą słyszącą: z jednej strony można powiedzieć: oczywiście słyszącą (dotyczy to przecież większości nauczycieli), ale z drugiej: niestety nie niesłyszącą. Jak bowiem, mając świadomość spraw opisanych powyżej, mogę realizować postulat wychowywania w poczuciu tożsamości kulturowej? Myślę jednak, że już sam fakt tej świadomości może prowadzić do działań, które dadzą niesłyszącym dzieciom i młodzieży możliwości spojrzenia na siebie i swoje środowisko w inny sposób.
Moim zdaniem każdy powinien mieć szansę wejścia do integracji z pozycji dającej bezpieczeństwo wspólnoty i wykorzystania integracji do kształtowania tożsamości kulturowej. W świetle przeciwieństw łatwiej czasem dostrzec to, co trudno zdefiniować. Kluczem w przypadku niesłyszących może być język migowy.
Działaniom tym powinny towarzyszyć założenia:
Najistotniejszą cechą naszych działań powinno być wychodzenie poza świat ludzi niesłyszących, ale nie po to, aby mieć okazję popatrzeć na inny "lepszy" świat, który dla głuchych jest tak nieosiągalny. Wychodzimy na zewnątrz, bo świat jest taki ciekawy i warto go poznać. Nie zakładajmy, że staną się tu możliwe do zrealizowania postulaty wielu idei zintegrowania się z "normalnymi społecznościami". Żyjemy obok i dobrze, abyśmy więcej o sobie wiedzieli, ale nie kosztem dominacji którejkolwiek ze stron. Co więcej nasze wzajemne poznanie może nam dostarczyć świadomości naszej przynależności, dowartościować psychicznie i pomóc poczuć się dumnym czy chociażby zadowolonym z tego, że jest się we wspólnocie właśnie tej, a nie innej. Język migowy jest spójnikiem wszystkich przedsięwzięć i spełnia swoją rolę bardziej efektywnie niż się tego można spodziewać. To bardzo ważne, że "migacze" mogą być dumni z tego, że umieją migać, że mogą czerpać z tego satysfakcję. To przecież pierwszy wyróżnik kulturowy.
Integracja jest ważnym elementem naszej rzeczywistości. Istnienie różnic - jakichkolwiek - między ludźmi czy społecznościami- powoduje, że w dzisiejszej cywilizacji myśli się o integracji. Jednakże nie można pozwolić na to, aby myśl ta nie rozwijała się, a kolejne jej doświadczenia były powielaniem takich samych błędów. Ilość koncepcji integracyjnych pozwala przypuszczać, że albo nie znaleziono jeszcze dostatecznie doskonałego rozwiązania, albo poszukiwano go w złym kierunku. Demokratyzacja naszego życia uczy nas szacunku do jednostki i indywidualności, odrębności kulturowych i wszelkich innych. Czas również na rewizję naszego spojrzenia na integrację w odniesieniu do społeczności ludzi niesłyszących.
Niezaprzeczalnym jest fakt ogromnej zasługi, jaką ma słysząca społeczność w kształtowaniu się i podnoszeniu z kolan świata ludzi niesłyszących na przestrzeni ostatnich 200 lat. Wydaje mi się jednak, że z czułych i mądrych rodziców takich jak de l'Epee wyrośliśmy na apodyktycznych audystów, niezdolnych do percepcji zmieniającej się rzeczywistości. I jak zazdrośni rodzice nie umiemy spojrzeć z dystansem na dorastanie naszych dzieci i pozwolić im żyć własnym życiem.
Integracja dzisiaj ma inne znaczenie niż 200 lat temu, bowiem odnosi się do innych, inaczej ukształtowanych już teraz społeczności, którym musimy przyznać prawo do istnienia, kultury, tożsamości i języka. Czas na to, aby i w odniesieniu do niesłyszących słowo integracja nabrało innego brzmienia. Od naszej bowiem postawy zależą losy ludzi, którzy nie mogą nadal pozostawać przedmiotem eksperymentów pedagogicznych.
"Czy niesłyszący... potrafią osiągnąć cele, o których marzą? Czy my słyszący na to pozwolimy? Czy pozwolimy im być sobą, być społecznością odrębną kulturowo, a jednak równą nam?"
Zależy to od słyszących ludzi, ale od surdopedagogów przede wszystkim. Coraz więcej jest ludzi o takim przekonaniu. Oliver Sacks napisał słowa, które powinny pomóc nam inaczej spojrzeć na naszą codzienną pracę:
"...[głusi]... cierpią z powodu izolacji, a jednocześnie potrafią się stać częścią społeczności międzynarodowej, przekraczając bariery językowe i kulturowe - coś, o czym my, słyszący, możemy jedynie marzyć. Być może od niesłyszących moglibyśmy się jeszcze wiele nauczyć."
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|